całe życie z wariatami… rozdział 14

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 14

- Faktura czy paragon? – Zapytała pani na stacji paliw, po zatankowaniu przeze mnie auta.

- Faktura.

- Jaki numer rejestracyjny?

Podałam zdziwiona numer.  Pani wydrukowała fakturę.

- Numer dobry, ale nie ta firma – odparłam czytając dane na dokumencie.

- Jak to? Przecież ten numer połączył się z tą firmą. – Zdziwiona pani jakby się z choinki urwała.

- No i co z tego? Widocznie kiedyś samochód był jej własnością. Kto identyfikuje dane do faktury po numerze rejestracyjnym? Zawsze powinna pani poprosić o NIP. – Wkurzyłam się, bo chyba to jasne jak słońce. Osoba za ladą  nie miała na plakietce napisu „Uczę się”. Powinna być bardziej rozgarnięta

I tak oto stałam na stacji benzynowej, zamiast otwierać już moje stoisko i czekałam, aż obrażona pani wystawi mi poprawną fakturę.

18789135_1715413458488704_926571926_o

Klienci też tego dnia byli jacyś marudzący. A to nie ten fason, a to kolor nie taki. Zabić to mało. Sami malkontenci robią zakupy czy co? Pod koniec dnia odwiedziła mnie na szczęście moja ulubiona klientka, pani Fioletowa, która zawsze poprawia mi humor. Nazwałam ją tak od koloru włosów, które barwi najprawdziwszą kalią, czyli nadmanganianem potasu kupionym w aptece. Normalnie głęboka komuna! Tak to się farbowało włosy na początku lat 80-tych. Co znaczy siła przyzwyczajenia?

Pani Fioletowa potrzebowała błyszczące brokatowe rajstopy na wieczorne wyjście ze swoim partnerem. Opowiadała o nim zawsze chętnie i dużo. Wiedziałam o gościu niemal wszystko, od numeru kołnierzyka przy koszuli po kolor oczu. Zresztą o sobie Pani Fioletowa też mówiła. Skąd pochodzi, co w życiu robiła, ile ma dzieci i kto był jej mężem. Niestety, mąż zmarł kilka lat temu, pozostawiając młodą wdowę. A zatem moja klientka układała sobie życie od nowa z mniej lub bardziej przypadkowymi partnerami. Z aktualnym panem spotykała się już od blisko dwóch lat, co bardzo ją cieszyło. Po dzisiejszym wieczorze wiele oczekiwała, a mianowicie miała nadzieję na pierścionek zaręczynowy.

***

Następnego dnia Fioletowa dosłownie przybiegła do mnie z samego rana. Była zasapana, ale i rozpromieniona.

- A cóż to, nie może pani spać? Ja tu będę do wieczora – powiedziałam zdziwiona na widok klientki.

- Pani Basiu! – Piała. – Co ja mam pani do opowiedzenia?

Czyżbym była jedyną powiernicą pani Fioletowej? Sympatyczna z niej babka, ale jednak obca osoba.

- Może pani usiądzie? Biegła pani?

- Tak, nie mogłam się doczekać. Proszę. – Wyciągnęła w moją stronę dłoń, na palcu której błyszczał pierścionek.

- Wow! – Nie kryłam zachwytu. – Naprawdę piękny. I całkiem duży.

- Tak. Mój Misiaczek się postarał.

Pani Fioletowa siedziała wpatrzona w klejnocik, uśmiechając się przy tym rozkojarzona. Zaparzyłam herbatę. Klientka łyknęła z kubka po czym wypaliła:

- Czy będzie pani moim świadkiem na ślubie?

- Ja?! – Moje zdziwienie dało się usłyszeć w całej hali.

- Tak! Pani, pani Basiu, jest taka życzliwa dla mnie. Nie komentuje pani moich wyborów, nie krytykuje wyglądu. Po prostu przyjaciółka prawdziwa.

Oj, uwaga! Zapaliła mi się czerwona lampka. Przyjaciółkami to raczej nie jesteśmy.

- Proszę, pani Basiu. Moje wszystkie znajome to fałszywe zmory. A pani zawsze dobrze mi się kojarzy. W końcu o to chodzi, żeby ślub dobrze wspominać, a nie zastanawiać się, kto mnie bardziej obgadał. A z panią będzie na pewno miło.

- Kiedy ten ślub?

- W następny piątek?

- Tak szybko?

- Tak! Mój narzeczony – mówiąc to promieniała – zorganizował wszystko już dawno, bo był pewien, że się zgodzę! Fantastycznie, prawda?

- Tak, rzeczywiście. – Nie wiedziałam co powiedzieć.

- To co, zgadza się pani?

- A mam inne wyjście? – Chwila namysłu. – No dobrze, zgadzam się.

Fioletowa rzuciła się na mnie, wycałowała i zaczęła świergotać o ekspresowych przygotowaniach do ślubu.

***

Pod koniec dnia zadzwonił mój jeszcze mąż. Ledwie się odezwał, a już powiało oszołomieniem.

-  Podjąłem decyzję. Jutro jadę na prewencję policji jako świadek koronny.

Poziom absurdu sięgnął szczytu! Nie wiem ani nie chcę wiedzieć, co Zenek miał na myśli. Rozłączyłam się bez słowa.

całe życie z wariatami… rozdział 13

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 13

- Kobieto, wsiadaj w auto i przyjeżdżaj! Idziemy na wieczorny spacer. Czekam na ciebie.

- A właściwie czemu nie? Będę za pół godziny.

- Dzieciaczki, jadę do cioci Magdy. Dacie sobie radę beze mnie? – zapytałam, z góry znając odpowiedź.

- Oj mamo, przecież nie jesteśmy dziećmi! – Iga najwyraźniej ucieszyła się, że chata będzie wolna.

- Tylko nie siedźcie długo. Rafał, słuchaj siostry.

- Dobrze, mamo. – Taki zgodny synuś mi się trafił?

- Czy wy czasem czegoś nie knujecie? Ktoś do was przyjdzie?

- Mamo, zawsze powtarzasz, że powinniśmy być dla siebie najważniejsi na świecie. A kiedy realizujemy twoje zalecenia, dziwisz się. Gdzie tu logika? – Iga była bardzo elokwentna.

Racja. Zawsze mówię moim dzieciom, że gdy mnie zabraknie, będą mieć tylko siebie nawzajem i muszą o tym zawsze pamiętać. Powinni kochać się i zawsze się o siebie troszczyć. I w zasadzie tak robią. Kłócą się, naturalnie, jak każde rodzeństwo, ale w trudnych momentach zawsze mogą na siebie liczyć. Potrafią wspierać podjęte przez siebie nawzajem decyzje i stają we własnej obronie. Najbardziej widoczne było to zwłaszcza w czasach, gdy chodzili do jednej szkoły. Iga potrafiła wtedy odstraszyć każdego, kto chciałby zrobić krzywdę jej młodszemu bratu, rozpowiadając na lewo i prawo, iż Rafał to jej worek treningowy i tylko jej wolno mu przyłożyć. I wszyscy respektowali to swoiste prawo krwi.

Tym razem byli jednak zbyt zgodni. Poza tym czujności nigdy za wiele.

***

Pojechałam do Magdy. Był dość ciepły kwietniowy wieczór. Po bulwarze spacerowało sporo ludzi. Po przejściu alejki w dwie strony usiadłyśmy w kafejce przy kawie. Obgadałyśmy już prawie wszystkich i wszystko. Dowiedziałam się co słychać u licznych, a dawno niewidzianych znajomych, kto gdzie wybiera się na wakacje i jaki kupił samochód. Nasze pogaduchy mogły trwać w nieskończoność, tyle, że Magda miała niespożyte siły, a ja wczesnym wieczorem marzyłam już o łóżku i poduszce. Tym razem jednak dałam radę i w kierunku domu ruszyłyśmy dopiero około 22.

- Wejdź na górę. Wypijesz jeszcze herbatkę.

- Zmęczona jestem. Pojadę już – odparłam zmęczonym głosem.

- Oj daj spokój. Gadasz jak staruszka zmęczona życiem.

- Bo jestem zmęczona.

- Ale nie staruszka. Idziemy! – Zarządziła Magdalena.

Otwierając drzwi usłyszałyśmy męskie głosy.

- Macie chyba gości?

- To chłopaki z pracy mieli wpaść do Tadka. Chodź, chodź.

Ochotę na udział w męskiej imprezie miałam raczej średnią, ale w końcu nie chciałam już robić z siebie takiej marudy.

- Cześć Tadziu.

- O, cześć Basia. A my tu sobie imprezujemy. – Tadek czknął. Miał już radosny wyraz twarzy. – Poznaj Marka. A to Krzychu. Pracujemy razem.

- Miło mi – odparłam i uścisnęliśmy sobie ręce. Marek podał mi sflaczałą dłoń. Nie znoszę, gdy ktoś, zwłaszcza facet, wita się w ten sposób. Dla mnie to totalny brak szacunku dla drugiej osoby, jakby powitanie na odczepkę. Co innego Krzychu. Ten miał uścisk kowala.

Magda przyniosła herbatę i paluszki. Panowie rozpijali kolejną flaszkę i byli coraz głośniejsi oraz bardzo gadatliwi. Przechwalali się nawzajem sukcesami w różnych dziedzinach.

Chciałam zmyć się szybko, ale przy tak aktywnych kolegach było to dość trudne. Dopijałam herbatę, gdy Krzysztof usiadł przy mnie i rozpoczął kolejną opowieść, tym razem o swojej pasji, czyli nurkowaniu. Byłoby to naprawdę fascynujące, gdyby nie stan upojenia mojego rozmówcy. Trudna wymowa, spowolnione myślenie i niezrozumiałe dla mnie skojarzenia. Jednak Krzychu uparcie tkwił w przekonaniu, że jego opowieść jest nadzwyczaj interesująca.

- I wiesz? Tam było tak pięknie. – Czknął – Byłaś tam kiedyś? – Znowu czknął, po czym odwrócił się w stronę oparcia kanapy, odchylił poduchę, zwymiotował, odłożył ją na miejsce i odwróciwszy się z powrotem w moją stronę powiedział – Przepraszam. To co, napijesz się może jednak z nami?

O matko! Obrzydlistwo!  Jadąc do domu dostałam czkawki na samo wspomnienie. Przed oczami miałam wyraz twarzy zapowietrzonej Magdy, która nade wszystko uwielbia czystość w domu.

kwiecień  (6)

Dzieciaki już spały. Pies też. Moje łóżko było pościelone. Czy ja znowu śnię? Tym razem pozytywnie.

- Najwidoczniej dzieci chciały zrobić mi przyjemność. Kochane są. – Rozczuliłam się.

***

Rano do pokoju wparował Rafcio.

- Mamo, śpisz? – Wślizgnął się pod kołdrę.

Gdy koledzy nie widzą, najwidoczniej można przytulić się do mamy.

- Już nie. Co tam? Która godzina?

- Ósma.

- Tak wcześnie wstałeś? – Moje pociechy znane są z tego, iż moje rano to dla nich środek nocy.

- Wyspałem się – przytulił się. – Zrobisz mi śniadanie? Jestem głodny.

- A na co masz ochotę. Może jajecznica?

- Super!

- Tylko najpierw trzeba wyjść z Wickiem. Może ty pójdziesz? A ja zrobię w tym czasie śniadanie.

- Ja? – Skrzywił się Rafcio. – Chce mi się jeszcze spać.

- Przecież mówiłeś, że się wyspałeś.

- Jednak nie. Śpię.

- O Boże, widzisz i nie grzmisz. – Wstałam, choć mój kręgosłup domagał się jeszcze poprzeciągania w łóżku.

Idąc do łazienki miałam uczucie, jakbym weszła w jakieś okruchy. Ale zanim zaczęłam dociekać musiałam opróżnić pęcherz. Spuściłam wodę i nagle na moje nogi chlusnęła woda. Matko! Co to?! Nie wiedziałam czy biec po ścierki, czy zakręcać kranik.

- Rafał! Iga! Szybko! – Krzyknęłam. Rafał pojawił się natychmiast.

- Ja mówiłem Idze, żeby ci powiedziała wczoraj – łkał i mówił – to nie ja.

- Przecież nic takiego nie powiedziałam. Iga!

Iga wyszła z pokoju, ale, gdy zobaczyła, że wody w przedpokoju jest po kostki, natychmiast rzuciła się do pomocy.

Kiedy już zebrałyśmy to, co wypłynęło z rur, a mop i ścierki były wykręcone, uważnie przyjrzałam się sedesowi. Trzymał się tylko dzięki śrubom, którymi był przykręcony do podłogi. Tylnej spodniej części nie było w ogóle. W jej miejscu była wielka dziura, zatem spuszczana woda właśnie tamtędy chlustała pod nogi.

- Jak to się stało? Kto to zrobił? – Nie miałam nawet siły się wkurzać.

- Nie wiem – odparła cicho Iga.

- Jak to nie wiesz? Byłaś przecież w domu.

- Ja mówiłem, żeby nie biegali, mamo. – Rafcio znowu zaczynał płakać.

- Nie becz już! – Iga uciszała brata

- No, gadać mi tu! – Powiedziałam może ostrzej niż chciałam, ale zrobiło to wrażenie.

I dowiedziałam się, że do Igi, jak tylko wyszłam, przyszło kilkoro znajomych. Najpierw siedzieli cicho w pokoju, ale po jakimś czasie dostali głupawki i zaczęli biegać po mieszkaniu. Rafał bał się, że przyjdzie sąsiadka i próbował ich uciszać, jednak nikt go nie słuchał. W pewnym momencie jeden z chłopaków popchnął drugiego, a ten wpadł przez otwarte drzwi do toalety i oparł się całym ciałem o muszlę klozetową, która po kilku sekundach pękła. Przestraszone dzieciaki pozbierały kawałki pokruszonej ceramiki i pożegnały gości. Nie korzystały już w tym dniu z toalety. Pościeliły moje łóżko i same też poszły spać. Wolały zasnąć niż czekać na mamę, która przecież i tak się dowie.

***

Brak toalety był bardzo uciążliwy. W niedzielę nie było możliwości naprawy sedesu, bo żaden hydraulik nie był tym zainteresowany. Pogotowie osiedlowe mnie olało.  Musieliśmy czekać do poniedziałku. Nawet nie chciałam myśleć, ile muszę przygotować kasy.

***

W południe ktoś zadzwonił do drzwi.

- Woda leje mi się na głowę! – Wrzasnęła nasza subtelna sąsiadka, do której szczelinami pomiędzy płytami żelbetonu  najwidoczniej dotarła wreszcie woda z naszego kibelka.

całe życie z wariatami… rozdział 12

 

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 12

- Pa, synu. Buziak na do widzenia. – Rano wyszliśmy z Rafałem razem z domu.

- Mamo! Oszalałaś? Jeszcze ktoś zobaczy? – Buziaki dla mamy były zakazane w cielęcym wieku dojrzewania. Ok, poczekamy.

- No to pa, synu. Uważaj na siebie.

- Pa. :lol:

***

Odwróciłam się w stronę parkingu, a tu jak spod ziemi wyrosła moja ulubiona sąsiadka.

- Koledzy pani syna wysmarowali mi drzwi jajkami! – Naskoczyła na mnie.

- Słucham? – Natychmiast podniosłam głos wypowiadając drugą sylabę.

- Widziałam czerwoną kurtkę!

- Kobieto, nie wiem o co chodzi. Mój syn nie ma czerwonej kurtki.

- Ale ja widziałam przez okno. Stali pod klatką i jeden miał czerwoną.

- No i? – Moja cierpliwość była na granicy wyczerpania.

- No i ktoś obrzucił mi drzwi jajkami! To na pewno oni!

- W taki razie proszę z pretensjami zgłosić się do rodziców tego, kto to zrobił. Do widzenia.

Przecież nie mogę odpowiadać za postępowanie wszystkich dzieciaków pojawiających się w naszej klatce, nawet jeśli są kolegami mojego syna. Zwłaszcza, że nasza sąsiadka znana jest ze swojego czepialstwa i wtrącania się w życie innych sąsiadów. Przoduje w umoralnianiu, jak jakaś babcia moherowa. „Czy pani wie, że ta Kaśka jest źle wychowana? Ona przeklina. Nie powinna pani pozwalać swojej córce na zabawę z nią’. „Marta z drugiego piętra całowała się z chłopakiem na podwórku, a pani dziecko się z nią zadaje? Wstyd!” „Dziecko, nie wolno palić papierosów. Czy twoi rodzice o tym wiedzą?” I tak oto upominała każdego, jeśli tylko uznała to za stosowne. I wiecznie sapała i narzekała, że jest chora i zmęczona wspominając o tym każdemu, kogo napotkała chociażby w windzie. Strach było z domu wychodzić.

17778965_1373376726053688_737159922_o

Po powrocie do domu znowu awizo. Ileż można znieść? Poszłam na pocztę, odstałam swoje i ku mojemu zdziwieniu odebrałam pozew rozwodowy. Najwidoczniej prawie były chciał sobie układać życie na nowo z którąś z tych młodych lasek, o których opowiadał na lewo i prawo niestworzone rzeczy. A to, że wyprowadza się do jednej, bo teraz to on ma życie. Nie to, co ze mną. Albo, że w dziewczynach może przebierać. Takie ma towary, że każdy by mu pozazdrościł. Tylko on nimi nie jest zainteresowany, bo postanowił najpierw uporządkować swoje życie. Na mnie te zasłyszane od znajomych opowieści nie robiły już wrażenia, ale pozew jak najbardziej. Wreszcie miałam szansę mieć nie prawie byłego męża, ale pełnoprawnego eks.

Tyle, że najpierw miałam spotkać się w nim w sądzie w sprawie paszportu dla Rafcia, który potrzebował dokumentu jadąc na kolonie. Po wielu próbach umówienia się na wizytę w biurze paszportowym i odwoływanych obietnicach Zenka, złożyłam pozew o wydanie paszportu bez zgody ojca. Niezrównoważonego zresztą.

Na rozprawie pojawił się jak zwykle skromny i elegancki, ze zbolałą miną poszkodowanego przez los i żonę człowieka. Doprowadzał mnie tym do pasji. Facet, który chce się ślizgać na złym stanie zdrowia, które przepił, stale podkreślający jaki jest biedny i zaszczuty przez żonę, a przy tym mający na celu zagarnięcie tego, na co nie zapracował to zwykły mięczak. Zero moralnego kręgosłupa i męskiej dumy. Tylko tupet miał jak mało kto. I wyobraźnię rozbudowaną ponad miarę.

- Cześć. I po co ten cyrk? – Zapytał podchodząc do mnie przed salą sądową.

- Żaden cyrk. Z tobą najwidoczniej tylko w sądzie można cokolwiek załatwić – odparłam, nie mając ochoty na zabawę w odbijanie piłeczki.

Na szczęście poproszono nas punktualnie na salę rozpraw.

Po ustaleniu naszych tożsamości i krótkim przepytaniu mnie, sędzia rozpoczęła rozmowę z moim prawie byłym.

- Czy nie wyraża pan zgody na wydanie synowi paszportu?

- Wyrażam zgodę.

- W taki razie dlaczego pana żona złożyła pozew?

- Nie wiem. Przecież mogliśmy spotkać się w biurze paszportowym.

- Czy umawiał się pan z żoną kiedyś w biurze paszportowym?

- Tak. Nie. Tak, ale nie.

- Nie rozumiem. – Sędzia najwyraźniej nie mogła załapać toku myślenia mojego jeszcze męża.

- No tak i nie. Umawiałem się, ale nie mogłem jechać.

- Czy pan wie, że pana syn ma wyjechać w czasie wakacji na kolonie?

- Tak, ale nie jestem pewien.

- Jak to nie jest pan pewien?

- Nie jestem pewien czy jedzie na kolonie.

- Co pan przez to rozumie?

- No nie wiem, czy jedzie na kolonie. Moja żona na pewno chce go wywieźć zagranicę.

- Skąd to przypuszczenie?

- Żona ma koleżankę zagranicą. I na pewno chce go wywieźć.

- A czy żona kiedyś wspominała panu o tym, że chce syna wywieźć?

- Nie, ale ja wiem.

- Na jakiej podstawie pan to wie?

- Bo żona ma paszport. I córka też.

Sędzia została porażona mocą argumentów prawie byłego.

- Proszę pana, czy wyraża pan zgodę na wydanie synowi paszportu? – Sędzia najwyraźniej nie chciała prowadzić dalej tej jałowej dyskusji.

- Nie wyrażam.

- W takim razie sąd wydaje nakaz wydania paszportu dziecku.

Sędzia zwróciła się do mnie z uprzejmą informacją, kiedy będę mogła odebrać wyrok, tonem głosu sugerując, że współczuje mi użerania się z typem siedzącym naprzeciwko mnie. Oczywiście, jeśli pozwany nie złoży odwołania.

***

Nie złożył. Rafcio pojechał latem na kolonie w góry. Był najposłuszniejszym, choć jednocześnie najbrudniejszym kolonistą, gdyż cały wyjazd przechodził w jednych ciuchach, a spakowany przeze mnie plecak przywiózł z powrotem do domu niemalże nietknięty. Z paszportu skorzystał przy przekroczeniu granicy ze Słowacją, gdzie dzieci pojechały wykąpać się w gorących źródłach. :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

całe życie z wariatami… rozdział 11

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 11

Iga miała wrócić przed dwudziestą. Od kiedy w sylwestra przyszedł mróz, a kilka dni później spadł śnieg, zima miała się dobrze. Było bardzo ślisko i trochę martwiłam się, czy autobus, którym miała wrócić podjedzie pod górę na osiedle. Zimą często się zdarzało, że samochody osobowe nie dawały rady, a większe pojazdy cofały się blokując skrzyżowania. Sygnał domofonu wyrwał mnie z zamyślenia. To na pewno Iga, Rafał jest przecież w domu.

Otworzyłam drzwi zanim winda zatrzymała się na naszym piętrze.

- Mamo – Iga była zapłakana.

- Matko! Co się stało, dziecko?

- Przewróciłam się, poślizgnęłam – łkała Iga.

- Gdzie ?

- Pod klatką.

- Uderzyłaś się? Coś cię boli?

- Głowa. Upadłam na plecy i głową uderzyłam o krawężnik.

O Boże, przerażenia w moich oczach chyba nie dało się ukryć.

- Jedziemy na pogotowie! Już! Nie rozbieraj się! – Iga zaczęła kręcić nosem. – Rafał, musisz zostać sam. W razie czego dzwoń.

- Dlaczego sam? Gdzie wy jedziecie? – Rafcio był najwyraźniej zdezorientowany. Oderwano go przecież od kompa i przez moment nie wiedział, gdzie jest.

- Iga przewróciła się na lodzie. Musimy jechać do szpitala. W razie czego dzwoń. – Bez przekazywania dalszych szczegółów cmoknęłam synusia w czoło i zamknęłam za sobą drzwi.

Pojechałyśmy do szpitala na izbę przyjęć. Po wyjaśnieniu pani w okienku informacyjnym powodu naszej wizyty, ta skierowała nas do punktu przyjęć – pokoju, w którym opowiedziałyśmy kolejnej osobie to samo, co przed chwilą w informacji. Skierowano nas do gabinetu lekarza internisty. On powinien zadecydować, jaki lekarz miał Igę obejrzeć. Korytarz przed pokojem doktora wypełniony był po brzegi pacjentami. Dopytawszy, kto jest ostatni, znalazłyśmy miejsca siedzące na końcu korytarza – jedno na chybotliwym krześle, drugie na parapecie. Wyjrzałam przez okno. Znowu padał śnieg. Obyśmy tylko mogły odpalić samochód, kiedy wreszcie stąd wyjdziemy. Już dwa razy wzywałam pomoc drogową w tym roku, a ten dopiero się zaczął.

DSC07858

Iga, jako dziecko, miała wyraźnego pecha i często doznawała różnych obrażeń ciała.

Mając ze dwa lata, na wakacjach nad morzem, bardzo chciała podać ojcu butelkę z napojem. Siedzieliśmy w gronie rodzinki i przyjaciół, a dziecko, asekurowane przez babcię, potknęło się o własne nogi. Butelka się zbiła, a szkło wbiło się w przedramię Igi. Na szczęście była wśród nas pielęgniarka, która zajęła się opatrzeniem rany, ale nasze przerażenie było ogromne.

Jako trzyletni maluch Igusia, podczas wizyty u znajomych, nagle wpadła zakrwawiona do pokoju. Ugryzł ja pies, leżący w kuchni. Płacz dziecka doprowadził do ukarania psiaka, choć nikt nie wiedział, co się tak naprawdę stało. Łagodny pies nagle zaatakował Igę, którą znał od urodzenia? Po latach okazało się, że dziewczę podeszło do śpiącego zwierzęcia i zaczęło dmuchać mu w nos. Pies się przestraszył i poderwał mocno głowę, uderzając Igę, i uszkadzając jej skórę w okolicach wargi. Blizna jest jej znakiem charakterystycznym do dziś.

Mając pięć lat, podczas wizyty na działce u dziadków, pobiegła radośnie otworzyć bramę cioci, która właśnie nadjechała. Pod opieką ojca podniosła metalową zasuwę i już miała pobiec do samochodu gości, gdy metalowy pręt spadł jej na głowę. Ranka była mikroskopijna, ale krew lała się jak z kranu. Spotkanie z ciocią zakończyło się zanim się zaczęło, a my wylądowaliśmy na pogotowiu.

Pewnego dnia Igusia poszła z koleżanką bawić się do lasku koło kościoła. Tam zrobiły równoważnię ze starego, przewróconego trzepaka. Chodząc po nim, Iga potknęła się i zardzewiała rura zahaczyła o jej nogę. Do dziś ma bliznę na łydce.

Był też skok wśród metalowych drabinek na placu zabaw i guz wielkości jajka. Liczne drzazgi z pomostu nad jeziorem podczas wakacji, wyciągane potem mozolnie pensetą przeze mnie, czy zakrztuszenie się syropem i klepanie po plecach w pozycji do góry nogami.

Rafał miał jedną wizytę w szpitalu. Bawiliśmy się w kółko graniaste, czy coś w tym rodzaju. Kręciliśmy się w kółko, trzymając się za ręce. I nagle Rafcio wyślizgnął mi się. Poleciał jak z petardy w stronę segmentu i uderzył buzią o półkę. Krew leciała z jego ust i nie było widać jednego zęba. Jedynki. Na pogotowiu nic nie poradzili, kazali robić zimne okłady i udać się do chirurga stomatologicznego. Tam pani doktor stwierdziła, że ząbek, owszem, jest, choć wciśnięty w dziąsło, ale na pewno wyjdzie ponownie. Co też się stało po kilku tygodniach. I tyle. A powszechnie uważa się, że to chłopcy nabijają sobie więcej guzów.

***

Nadeszła nasza kolej. Weszłyśmy do gabinetu. Pan doktor wypytał  o kolejność zdarzeń. Równie dobrze mogłybyśmy nagrać opowiadanie o przewrotce Igi na taśmę i puszczać w każdym gabinecie po kolei. Bowiem pokoi lekarskich zaliczyłyśmy jeszcze kilka. Chirurg, neurolog, chirurg naczyniowy. Dobrze, że chociaż wykonano Idze różne badania od prześwietlenia po rezonans głowy, na które już nie trzeba było czekać. Nie stwierdzono wstrząśnienia mózgu, pęknięcia czaszki ani nic innego. Na szczęście! Uratowała ją fryzura zrobiona za mikołajowe pieniądze – warkoczyki, które zamortyzowały uderzenie i uchroniły podstawę czaszki przed pęknięciem.

***

Dzieci fundują rodzicom nierzadko doświadczenia przerażające i stresujące. Po latach opowiada się o nich anegdoty i pamięta tylko radość po zagojeniu ran. Przynajmniej tak jest w naszej rodzince.

całe życie z wariatami… rozdział 10

Przez dwa tygodnie miałam problem z logowaniem na bloga i długo nic tutaj nie wrzuciłam, za co przepraszam moich wiernych czytelników.

Proponuję zatem podwójną dawkę do poczytania. Dziś i jutro kolejne rozdziały Całego życia z wariatami. :lol:

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 10

- Mamo? – Iga wpadła do kuchni i zagadała szeptem. – Policja do ciebie?

Wyszłam do przedpokoju. W drzwiach stało dwóch policjantów. Po przedstawieniu się zapytali, czy mogą wejść.

- Oczywiście, proszę. O co chodzi?

- Otrzymaliśmy zgłoszenie od sąsiadów, że u państwa jest stale głośno, że zakłócacie państwo ciszę.

- Nocną?

- Nie tylko. W dzień też jest głośno.

- To znaczy?

- Bardzo głośno działają u pani urządzenia w łazience. Konkretnie prysznic.

- Prysznic? – Zdziwiłam się.

- Tak.

- I biorąc prysznic zakłócam ciszę? Komu?

- Niestety nie możemy pani podać nazwiska osoby, która złożyła doniesienie.

- Zapewne pani mieszkająca pod nami, prawda? – Policjant zrobił niewyraźna minę.

Oczywiście, że ona. Wkurzyłam się, że ta baba znowu coś wymyśliła. Bo któż inny mógłby pójść na policję z pretensją o źle działający prysznic?

- Proszę pana, mój prysznic działa jak wiele innych w tym bloku. Korzystamy z wody za jego pomocą w sposób powszechnie przyjęty za poprawny. Jeśli pani mieszkającej pod nami nie odpowiada nasza metoda, niech zasponsoruje nam wymianę urządzenia na zadowalający ją model. – Sytuacja była co najmniej zabawna i wyzwoliła we mnie pokłady złośliwości.

- Wie pani, my musimy zareagować na każde wezwanie, nawet absurdalne. Trzeba pojechać i sprawdzić. Proszę nas zrozumieć.

- Ok. Rozumiem. – Pan policjant zaskoczył mnie uprzejmością.

- Przepraszamy za najście. Proszę tylko podpisać potwierdzenie naszej wizyty.

Policjanci wyszli, a ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.

***

Po tygodniu otworzyłam drzwi po sygnale dzwonka, a tu administrator ze spółdzielni mieszkaniowej.

- Dzień dobry. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że pani zakłóca spokój sąsiadom.

Nie!!!!!!! Znowu?!!!!!!!!!!

- Chodzi o sąsiadkę z dołu – raczej potwierdziłam niż zapytałam.

- Tak. I prysznic. Chcielibyśmy sprawdzić, czy są podstawy do zgłoszenia.

- Proszę pana, była już u mnie policja w tej sprawie. Teraz kolejna wizyta?

- Proszę pani, ta pani sąsiadka była u nas przez ostatnie dwa miesiące co drugi dzień. Zakłócanie ciszy, jak twierdziła, to sprawa policji, więc tam ją odesłaliśmy. Ale ona wróciła.  Proszę się zgodzić na przeprowadzenie wizji lokalnej. – Błaganie w głosie pana administratora przekonało mnie.

- Na to chętnie się zgodzę. Bardzo proszę.

- Zatem kiedy możemy przyjść, aby dokonać wizji?

- Proszę wskazać termin. Dostosuję się. – Ja też byłam grzeczna.

- Dobrze. Więc jutro o 11. Może być?

- Tak. Będę czekała. Do widzenia.

- Do widzenia.

DSC07840

Na wizji zjawiło się dwóch Panów z administracji. Jeden zszedł do sąsiadki i tam nasłuchiwał odgłosów z mojej łazienki. Drugi puszczał z kranów w mojej łazience wodę. Powtórzyli te czynności kilkakrotnie. Następnie spisali protokół zawierający informację o tym, iż moja łazienka wyposażona jest w urządzenia sanitarne zamontowane prawidłowo i odpowiednio zaizolowane oraz uszczelnione. Nieprawidłowości w użytkowaniu instalacji wodno-kanalizacyjnej umywalki i wanny nie stwierdzono. Prysznica brak. :-P

całe życie z wariatami… rozdział 9

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Karnawał. Czas intensywnego imprezowania dzieci i dorosłych, byle zdążyć przed Wielkim Postem.

Iga też zaczęła chadzać do klubów i na domówki. Wśród jej niezliczonych znajomych pojawiła się  Agnieszka, która była stałą bywalczynią takich rozrywek.

W sobotę Aga przyszła do nas już około południa, tak, by mogły z Igą spokojnie przyszykować się do wyjścia. Moja córka nigdy nie spędzała tyle czasu przed lustrem, co za czasów przyjaźni z Agnieszką. Po ustaleniu, dokąd pójdą rozpoczęło się wyszukiwanie ciuchów. Nie tylko szafa Igi poszła w ruch, moja także. Nie mam nic przeciwko pożyczaniu ubrań własnemu dziecku, ale obcym niekoniecznie. Cóż jednak zrobić, gdy córka wywleka wszystko, co jej wpadnie w ręce i traktuje jak swoje. Przygryzłam zęby i starałam się nie patrzeć.

Kolejnym etapem był makijaż i fryzura. Przedpokój zamienił się w salon kosmetyczny. Przejść nie było jak, a do Rafcia stale przychodzili jacyś koledzy.

- Mamo, otwórz drzwi, bo ja nie mogę dojść do domofonu! – Wykrzykiwał mój syn.

- Nie mogę, właśnie mnie zablokował kabel od lokówki! – Też miałam problem z przemieszczaniem się. – Iga, otwórz drzwi!

- Nie mogę, mamo! Maluję oko Agnieszce.

I takie oto dialogi prowadziliśmy przez całe sobotnie popołudnie.

***

Około siedemnastej zapowiedziała wizytę  Aneta, która kiedyś mieszkała w bloku obok nas. Nasi synowie chodzili razem do szkoły i tym sposobem zakumplowałyśmy się. Teraz mieszkała na innym osiedlu, ale zaglądała do nas czasem, kiedy  udało się jej wyrwać od domowych obowiązków. Właśnie była w ciąży z czwartym dzieckiem. Matka Polka.

Anetka była prostą, dobroduszną gospodynią domową. Jej mąż, biznesman, był niezwykle obrotnym facetem i zapewniał godny byt rodzinie. Jednak zmieniał profesje jak przysłowiowe rękawiczki, bo, jak mówił, rozkręcony biznes już go nie cieszył. Zatem, właściwie, rodzina stabilności nie miała, za to tatuś miał różne stabilne przyjemności w postaci pojazdów terenowych i szybkich motorów. Żona, zajmująca się  wychowywaniem dzieci, praniem, gotowaniem, robieniem przetworów, paleniem w piecu, pieleniem ogródka, podejmowaniem licznej rodziny i znajomych robiła, niestety, tylko koszty. Zatem musiała iść do pracy, aby na siebie zarobić. Do kosztów utrzymania Anetki należały między innymi opłaty za jej telefon oraz zakup nowej opony do samochodu męża, jeśli, odwożąc dzieci na angielski, akurat złapała gumę. Takie tam normalne małżeńskie rozrachunki. Teraz, korzystając z kolejnej ciąży, przez krótki czas łapała oddech na zwolnieniu lekarskim.

Anetka przybyła punktualnie i z siłą karabinu maszynowego wyrzuciła z siebie potok słów na powitanie. Nie wszystko zrozumiałam, ale uśmiechnęłam się na powitanie. Aneta mówiła, bardzo szybko, sporo przy tym przeklinając. Przyjechała sama, bo dzieci zostawiła na imprezie urodzinowej u dziecka sąsiadów.

- Cześć. Mam dwie godziny, potem muszę odebrać dzieci. Widzę, że Iga gdzieś idzie. Na imprezę, tak?

- Do klubu. Ale dopiero wieczorem.

- To już teraz takie przygotowania?

- Wiesz jak to jest z dziewczynami. Potrzebują dużo czasu na wystrojenie się.

- Ja tam biorę szybki prysznic, perfum pod pachy i nie tylko – puściła do mnie oko – i jestem gotowa. Chociaż teraz, z brzuchem, to muszę sobie dać na wstrzymanie. Oj, potańczyłabym sobie. – Anetka najwyraźniej rozmarzyła się.

Popijając bawarkę, bo tak trzeba będąc w ciąży, wspominałyśmy, jak to było, gdy my byłyśmy nastolatkami. Obgadałyśmy też nasze ciąże i porody. Niewątpliwą atrakcją tych wspomnień była opowieść o tym, jak Anetka chciała zajść w pierwszą ciążę z nowo poślubionym mężem. Po bardzo satysfakcjonującym stosunku, w którego szczegóły niekoniecznie chciałam być wtajemniczona, choć ona nie miała nic przeciwko temu, Aneta leżała kilkadziesiąt minut z nogami uniesionymi od bioder w górę w przekonaniu, iż taka pozycja pozwoli na przedostanie się plemników we wskazane miejsce. I jak można zareagować na tak szczere wyznanie? O mało co nie zakrztusiłam się bawarką.

17016229_1608564242506960_1515132134_o

- Mamo, zrobisz nam herbaty? – Iga zajrzała do pokoju. – Mamy jeszcze mokre paznokcie.

- Jasne. – odparłam. – Chodźcie tu posiedzieć do pani Anety, a ja nastawię wodę.

Wróciłam z zieloną herbatką o smaku truskawek w śmietanie. Uwielbiamy ją z Igą. Wystrojone dziewczyny siedziały po obu stronach Anetki i wypytywały ją na przemian o ciążę.

- A czy dziecko kopie panią w brzuch?

- To chłopiec. Czasem kopie.  Najczęściej w nocy, gdy śpię. Jest wredny jak jego tatuś, też zawsze chce coś ode mnie w nocy.

- Aneta! – podniosłam głos w obawie, aby nie drążyła tematu poczynań swojego męża  w nocy. – Napijesz się herbaty?

- Tak. Poproszę.

- Gorącej herbaty? – Zapytała tym razem Agnieszka z przerażeniem w głosie. – A nie boi się pani, że dziecko się poparzy?

Opadoszczęk zagościł nie tylko na mojej twarzy. Mentalnych blondynek jest wśród nas więcej niż przypuszczamy.

całe życie z wariatami… rozdział 8

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Nigdy nie dość atrakcji. 2-go stycznia w skrzynce na listy wezwanie do komornika. Tym razem sądowego. Kiedy otwieram taką korespondencję, chciałabym od razu wiedzieć, o co chodzi. A jak dowiedzieć się czegoś dzień po Nowym Roku? Będę teraz trwać w niepewności aż do dnia po Trzech Królach, jeśli uda mi się dostać do kancelarii, bo tam zawsze jest tłum ludzi. Bardzo to smutne.

Swoją drogą zadziwiające jest, że zawsze w okolicach świąt znajduję w skrzynce przesyłki, na które nie czekam i które mają na celu pognębić mnie finansowo i psychicznie. Tak jakby urzędnicy nie mogli poczekać ze złymi wiadomościami do stycznia. No cóż, liczą się zapewne statystyki w ściganiu dłużników. Słaby wynik równa się brakowi premii rocznej. Aż dziwne, że tym razem przetrwałam Boże Narodzenie bez tłumaczenia się z cholernych długów prawie byłego.

***

Telefon wyrwał mnie z drzemki. Po remanencie byłam dość zmęczona. Przekładanie z miejsca na miejsce setek par skarpetek męskich, gaci damskich i rajstop dziecięcych będzie mi się chyba śniło po nocach. Swoją drogą nie ma co narzekać. I tak dobrze, że po działaniach jeszcze małżonka udało mi się ponownie to wszystko uruchomić i odzyskać klientów. No, a w słuchawce kolejny koszmarek. Zenek płacze:

- Miałem zabrać dzieci, ale nie mogę. – Tak jakby to było coś dziwnego.

Odwoływanie spotkań w ostatniej chwili i nie odbieranie telefonu to chleb powszedni ojca moich dzieci. Ściema to chyba jego drugie imię.

- Ok.

- Nie mogę. – Przedłuża rozmowę.

- No dobrze. Dzięki, że zadzwoniłeś.

- Ale naprawdę nie mam jak ich zabrać. – Czeka na moje zainteresowanie jego płaczliwym głosem.

- Ok. To kiedy będziesz mógł się z nimi spotkać? – Nic z tego.

- Nie wiem.

- Zadzwoń jak będziesz wiedział. Cześć.

- Mam raka – mówi szybko, żebym nie zdążyła się rozłączyć

Trochę mnie zatkało. Rak to w końcu poważna sprawa. Jednak biorąc pod uwagę wszystkie dotychczasowe pomysły mojego rozmówcy, powinnam być ostrożna w ocenie sytuacji.

- Mam raka stóp i umieram. – no nie!!!!!!!!!!! Znowu cyrk na kółkach. Może będzie mnie teraz brał na litość?

15942669_1551064424923609_1814028993_o

Przerobiliśmy już chyba wszystkie warianty możliwości dogadania się. Było dziesiątki spotkań na moją lub jego prośbę. Na 90% z nich prawie były przychodził wstawiony. Albo obiecywał, że podpiszemy ugodę odnośnie podziału majątku, albo straszył, że mnie załatwi, bo ma papiery i nagrywał wszystkie rozmowy ze mną, adwokatami i nie wiadomo z kim jeszcze, a wtedy wyląduję na śmietniku. Najgorsze było to, że w trakcie jednej rozmowy potrafił zmienić zdanie kilka razy. Cóż, wóda ryje banię!

Umawianie się z dziećmi to inna bajka, bo zaplanowanych wizyt i wspólnych wyjazdów oraz telefonów było tyle, że trudno zliczyć, a dotrzymanych obietnic w tej kwestii tyle, co kot napłakał. O braku zainteresowania imieninami, komuniami, zakończeniami roku i innymi uroczystościami nie wspomnę. Zawsze tylko czcze gadanie bez pokrycia. Ja naprawdę musiałam być chyba niespełna rozumu wybierając go. A moja babcia zawsze mówiła, gdy nuciłam sobie podczas jedzenia: „nie śpiewaj przy jedzeniu, bo głupiego męża będziesz miała”. No i wykrakała, babcia ukochana.

***

- Co takiego? Jesteś pewien?

- Tak. Mam wyniki badań. – Zenek miał roztrzęsiony głos.

- A byłeś u kilku lekarzy? Takie diagnozy trzeba potwierdzać.

- Nie byłem, ale wiem. Umieram. Ale zabezpieczyłem dzieci. Testament jest u mojego szwagra. – Już nie u czterech osób? Ups.

- I czego oczekujesz ode mnie?

- Powiedz dzieciom.

- Ja? Chyba powinieneś zrobić to sam.

- Nie, ty powiedz. Wtedy lepiej to zniosą.

- Ok. Jak będziesz czegoś potrzebował, to dzwoń. – Chciałam zakończyć wreszcie tę rozmemłaną rozmowę.

- Dzięki. – Znowu słyszę łkanie. – Cześć.

- Cześć.

Dzieciom oszczędziłam informacji o raku. Temat choroby ojca umarł śmiercią naturalną. Kolejna rozmowa z prawie byłym przebiegła w radosnej atmosferze i pełna była jego pomysłów na to, jak mnie udupi.

***

Wizyta u komornika rozbawiła mnie nie mniej niż kolejny pomysł Zenona. W kancelarii, po przypomnieniu, że złożyłam wniosek o ściąganie niepłaconych alimentów z majątku ojca dzieci, zażądano, abym doprecyzowała ruchomości i nieruchomości, które mają zostać zajęte.

- Musi pani wypełnić wniosek szczegółowo. Podać potencjalne źródła dochodu dłużnika, posiadane nieruchomości i tym podobne.

- No tak, ale nieruchomości to mamy jeszcze wspólne.

- Aha. Skoro zatem nieruchomości macie wspólne, to może jakieś ruchomości, przedmioty wartościowe ma ten pan.

- Mamy kilka takich, ale też wspólnych.

- To ma pani problem. Chociaż takie też możemy zając na poczet alimentów. – Pan był najwyraźniej zniecierpliwiony.

- A w jaki sposób, skoro one są też moje?

- Zwyczajnie. Zajmujemy na przykład odkurzacz, wystawiamy na licytację, połowę uzyskanej kwoty oddajemy pani, bo pół sprzętu należy do pani, a pozostałą kwotę, po potrąceniu naszych kosztów, przekazujemy pani jako spłatę długu męża.

- Czy ja dobrze rozumiem? Pan zabiera odkurzacz, z którego korzystam ja oraz moje i dłużnika dzieci, otrzymuję od pana w zamian, powiedzmy, połowę kwoty, którą muszę wydać na zakup nowego sprzętu, a komornik jeszcze anuluje część należnego długu, tak?

- Dokładnie tak.

- Przecież to jakiś absurd! – Nie kryłam oburzenia.

- Nie, proszę pani. Postępujemy według ściśle określonych przepisów prawa. To co, uzupełnia pani wniosek?

całe życie z wariatami… rozdział 7

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 7

- Baśka, co robisz w Sylwestra? – Magda nie dawała za wygraną.

- Mówiłam już, zostaję w domu. – Odpowiadałam za każdym razem.

- Nie wierzę ci. Znowu idziesz na jakąś randkę w ciemno? No mów!

- Zostaję w domu, kobieto.

- No daj spokój, sama w sylwestra?

- Dzieciaki muszą być pod kontrolą.

- Pogięło cię?! W sylwestra trzeba się bawić, a nie pilnować dzieci! Samotna impreza jest do bani!

- Ale ja chcę odpocząć, nie mam ochoty na imprezę. Poza tym sama mam iść na sylwestra?

- Z nami. – Magda oburzyła się. – Basiu, przecież cię przygarniemy pod swoje skrzydła.

- Dziubas, naprawdę nie mam ochoty. Mam dość tego roku. Tych przepychanek z byłym oszołomem, komorników i sądów. Chcę odreagować w ciszy i spokoju. Daj mi już spokój. Proszę cię.

- No dobra. Ale jakby co, to wiesz, że cię kocham.

- Tak, oczywiście, że wiem.

- To papatki. Zadzwonię jutro.

- Pa.

Naprawdę chciałam zostać w domu. Tak naprawdę marzył mi się sylwester we dwoje, z jakimś ukochanym. Szampan, świece, romantyczna kolacja i my. A potem przytulanie i pocałunki w nieskończoność. Sex niekoniecznie. Ale romantyzm w pełnym wydaniu jak najbardziej. Skoro jednak nie było żadnego przyzwoitego kandydata na spełnianie moich marzeń o księciu na białym koniu, zupełnie powinien wystarczyć mi święty spokój.

Iga idzie na imprezę do Pawła, trzy piętra niżej. Rozmawiałam z sąsiadką – mamą organizatora domówki i wszystko będzie pod kontrolą. W mieszkaniu obok mieszka babcia, która ma do nich czasem zajrzeć. Poza tym ja przecież będę kilka pięter wyżej. No i trzeba mieć zaufanie do dzieci. W końcu każdy miał kiedyś naście lat.

Za to Rafał robi swoją pierwszą imprezę w domu. No, o ile można mówić o imprezie sylwestrowej w przypadku trzynastolatków. Przyjdzie trzech kolegów, pograją na kompie, poskaczą przy Xboxie, wypiją Piccolo i odprowadzimy wszystkich wspólnie do domu. Spacer dobrze nam zrobi przed snem w tę noworoczną noc. Przygotuję chłopcom kanapeczki, jakieś ciacho i spokojnie będę sobie oglądać melodramaty w drugim pokoju.

Tak więc wszystko było ustalone. Po świętach zrobiłyśmy z Igą zakupy. Dobrałyśmy jej kreację pasującą do tysiąca warkoczyków na głowie, zaplecionych za kasę zebraną w ramach prezentów bożonarodzeniowych. W sylwestra moja córcia – mistrzyni cukiernictwa, upiekła dwa pyszne ciasta – jedno na swoją domówkę, drugie na imprezę brata.

O dziewiętnastej pojawili się, jeden po drugim, koledzy Rafała. Rozlokowali się w dużym pokoju. Zaanektowali mój telewizor, do którego podłączyliśmy Xbox. Na stole rozstawiliśmy kanapki, ciasto, napoje i niezbędne naczynia. I tak rozpoczęła się impreza małolatów.

Ja zaś przygotowałam sobie cichy zakątek w pokoju Igi. Kolacyjka, ciepła herbatka, na deser ciasteczko. Przejrzałam program na kilku kanałach. Mogłam wybierać do woli w komediach romantycznych. W razie czego miałam w odwodzie płytę z nieśmiertelnymi „Czterema weselami i pogrzebem” oraz „Notting Hill”. Uwielbiam Hugh Granta.

***

- Mamo, możesz nam zrobić jeszcze kanapek?! – Rafcio wpadł do pokoju jak kula armatnia.

- Przecież były ich dwa duże talerze. Zjedliście wszystkie?

- Tak. Jesteśmy jeszcze głodni.

- Ok, tylko sama zjem, bo jeszcze nie zaczęłam.

- To poczekaj i zrób najpierw dla nas. Please. – I mina kota ze Schreka.

Dzieci chcące coś od rodziców znają różne sztuczki!

- No dobrze. – Zrobię szybko i mam upragniony spokój.

***

- Rafał, przycisz muzykę! – Tym razem to ja wpadłam do dużego pokoju.

- Co?!

- Pstro. Przycisz telewizor.

- Ale mamo, jest sylwester. – Znowu ten błagalny wzrok. I to razy 4.

- Trochę przyciszcie, nie słyszę filmu, który oglądam.

- Proszę pani, ja to załatwię. – Sebastian, kolega Rafcia od przedszkola wkroczył do akcji.

- No dobrze. Po prostu przyciszcie.

Wychodząc z pokoju kątem oka zauważyłam, że z dorobionych kanapek zniknęły może ze trzy.

***

- Rafał! Przycisz. Ile razy mam zwracać uwagę?!

- Ok, mamo. Już przyciszam. Chłopaki, a może teraz Xbox? Mamo, przyniesiesz nam gry ode mnie z pokoju? Please.

Dobrze, im szybciej będzie ciszej tym lepiej. A ja wreszcie dokończę w spokoju kolację.

Matko, skąd oni mają tyle siły w płucach? Czy muszą tak głośno kibicować sobie nawzajem? Rafał twierdzi, że muszą. Sebastian miał to załatwić, ale chyba nie sprostał zadaniu.

***

- Chłopaki, nie skaczcie z takim impetem, bo tym razem naszej sąsiadce naprawdę sufit spadnie na głowę.

- Ale mamo, przecież na tym polega ta gra. Trzeba skakać, żeby zdążyć.

- Dobra chłopaki – Sebastian tonem lidera odezwał się do kolegów. – Nie skaczemy. Rafał, dawaj tę grę na szukanie wyjścia. – I dodał – załatwione, proszę pani.

Po kilku minutach rozpoczęło się regularne stukanie, a właściwie walenie w ściany.

15943321_1551064331590285_2015422313_o

- Mamo, mamo, zaraz północ! – Przysypiałam, o ile to możliwe przy panującym w moim domu hałasie. – Daj szampana!

- O matko, już północ? Jest na balkonie.

- A kieliszki?

- Chyba kubeczki? Są przecież na stole.

- Aha. – I wypadł tak samo jak wpadł.

Północ. Więc jeszcze tylko kilkadziesiąt minut i koniec, cisza. Dam radę.

***

- Chłopaki, skąd macie tyle szampanów?

- To bezalkoholowy, proszę pani. – Sebastian był adwokatem wszystkich.

- Przecież nie wypijecie ich wszystkich. Nie otwierajcie następnego.

- Mamo, właśnie o to chodzi, żeby otworzyć. W sylwestra tak się robi. – Rafał był bardzo podekscytowany.

Aha, nie miałam pojęcia, że tak się robi. Mój pokój był pobojowiskiem pełnym rozdeptanych kanapek i kawałków ciasta.

- Poczekajcie, przyniosę wam czyste kubeczki. – Wyszłam do kuchni, aby nie ujawniać przerażenia na widok demolki.

Gdy wróciłam po dwóch minutach okazało się, że kubeczki wcale nie były potrzebne. Dwa otwarte sylwestrowe napoje gazowane były rozlane do brudnych kubków i na stół. Sebastian stojąc w progu balkonu potrząsał trzecią butelką, z której wydobywały się kłęby bąbli i wyglądał jak rozemocjonowany kierowca Formuły I po wygranym wyścigu. Pozostali chłopcy stali obok i wydzierali się z radością na widok strzelających fajerwerków. Ściany i podłogę balkonu pokrywał wylewający się napój. Po opróżnieniu butelki panowie weszli w ociekających Piccolo skarpetach do pokoju i rozpoczęli składanie sobie życzeń. Uciekłam, tłumiąc wrzask.

- Mamo! Idziemy odpalić petardy! – Rafał wypadł za mną z pokoju. – Dasz nam zapalniczkę?

***

Sprzątanie pobojowiska po męskiej imprezie zakończyliśmy wiosną, gdyż w noc sylwestrową przyszedł mróz i rozlane bąbelki zamarzły na długi czas, tworząc na balkonie ślizgawkę w kolorze czerwieni.

kieszonka z lumpeksu :)

Kurtka mojego męża domagała się nowej kieszeni. Wzięłam się na sposób i postanowiłam poszukać jakiegoś ciucha z gotową, odszytą porządnie kieszonką i wszyć ja do garderoby małżonka. W tym celu udałam się do najbliższego miasteczka i rozpoczęłam odwiedziny w lumpeksach.

Jakież to niepojęte, że w mieścinie, gdzie mieszka kilkanaście tysięcy osób, jest kilka second handów. I wszystkie się utrzymują!

Weszłam do pierwszego, ale nie znalazłam tam nic, co mogłoby mnie zainteresować. Zresztą ja nie umiem się w takich sklepach się poruszać. Zawsze zazdroszczę osobom, które potrafią w ciucholach wyszukiwać perełki. Moja koleżanka potrafiła tam ubrać się jak gwiazda filmowa. A ja nie. Dla mnie lumpeks jest zbyt zabałaganiony i zawalony towarem. No i ten zapach, a raczej odór. Ale rozumiem osoby, które lubią tam robić zakupy. Oczywiście z wyjątkiem kupowania bielizny.

Zajrzałam do drugiego – ceny z kosmosu. Zresztą w poprzednim też nie było super tanio. Chyba wolałabym nowy chiński t-shirt za 15 zeta niż sprany znanej marki i niewiadomego pochodzenia.

Trzeci ciuchol uderzył we mnie odorem stęchlizny i fajek. Gdy weszłam, ekspedientka nie zareagowała na moje „dzień dobry”, zajęta rozmową z dwoma kumpelami. Weszłam między wieszaki, ale nie bardzo mogłam skupić się na ich przeglądaniu. Kobiety rozmawiały tak głośno, że po prostu przeszkadzały klientom. Śmiały się obgadując wspólną znajomą. Zaś słownictwo jakiego używały, zatkało mnie. Kurwa, pizda, ja pierdolę – wulgarność w najlepszym wydaniu. O zapytaniu o cokolwiek nie było mowy. Wkroczenie w tak rozemocjonowane kółko raczej odstraszało. Nie mam pojęcia, czy ekspedientką była właścicielka sklepu, czy zatrudniona pracownica, ale sprawiła, ze na pewno nigdy więcej tam nie zajrzę. Zero pojęcia o tym jak prowadzić sklep!

Zakupy zrobiłam w kolejnym lumpeksie, gdzie miła pani uprzejmie mnie obsłużyła. Bez krzyków i przekleństw.

15967418_1551106784919373_1815704716_o

A kieszonka z klapką i guziczkiem, świetnie odszyta, została przeze mnie wycięta, zaprasowana i wszyta do kurtki męża. Taki sprytny sposób podpowiedziała mi Ewcia.

IKu

całe życie z wariatami… rozdział 6

Wszystkie opublikowane rozdziały znajdują się w zakładce CAŁE ŻYCIE Z WARIATAMI.

Rozdział 6

I tak nadeszło Boże Narodzenie. Pogoda co prawda nie zachęcała do świętowania, ale ponoć w nocy miał spaść śnieg. Trzy dni przed świętami za ladą stała już tylko zaufana pani Ania, która kolację wigilijną miała przygotowaną od kilku dni – pierożki i kapusta czekały w zamrażarce, a barszcz ugotuje synowa. Ja co prawda nie musiałam przygotowywać Wigilii, bo szliśmy do rodziców, ale jakieś mięsiwa popiec należało. No i dokupić co nieco prezentów. Internet bardzo mi to wszystko ułatwił, ale jeszcze nie wszystko miałam. Jednak najważniejsza była choinka. W tym roku postanowiliśmy zakupić żywy świerk od znajomej mieszkającej za miastem, która przy domu, za płotem ma niewielką plantację drzewek. Wyposażeni w siekierkę i sznurek wyruszyliśmy we trójkę na wieś. Pani Małgorzata miała wyskoczyć na chwilę z pracy i pomóc w wyborze choinki. Podjechaliśmy pod jej dom, parkując na trawniku przy posesji. Gospodyni pojawiła się o umówionej godzinie. Poszliśmy do zagajnika i uzgodniliśmy, które drzewko wytniemy, po czym pani Małgosia pobiegła z powrotem do swoich obowiązków.

Wspólne, rodzinne ścinanie choinki miało dla mnie jakiś szczególny wymiar. I Iga, i Rafał piłowali pień na zmianę ze mną i choć nie szło nam to wcale sprawnie, była w tym jakaś magia. Czułam ducha Bożego Narodzenia, ten świąteczny nastrój. Wreszcie ścięte drzewko zostało przez nas zaciągnięte na skraj lasku. Wyszliśmy spoceni, w ubłoconych butach, ale uśmiechnięci.

Na przystanku, po drugiej stronie ulicy, stała para. Nieduża kobieta z siwą głową i mężczyzna w czapce ciecia Maliny z nausznikami.

- Ładnie to tak kraść komuś choinkę spod domu?! – zawołał mężczyzna.

Czy to do nas? Nikogo poza nami tam jednak nie było.

- Słucham? – Zapytałam, bo wolałam się upewnić, czy ten pan coś mówił.

- Co? Nie chce się jechać na rynek? Żal 50 złotych na choinkę wydać? Lepiej ukraść, wyciąć drzewo z lasu. – Facet był dumny ze swojej zjadliwości.

Zagotowało się we mnie. Właściwie nie wiem dlaczego, bo mogłam go przecież zabić siłą spokoju.

- Czy pan naprawdę myśli, że wycięlibyśmy komuś spod domu, spod płotu choinkę? Oszalał pan?

Zaczęłam się śmiać, bo głupich nie sieją, sami się rodzą. A tu taki okaz.

- Jeszcze się śmieje – powiedział uprzejmy pan do swojej towarzyszki. Kobieta nie odzywała się i wyglądała jakby jej było wstyd za gościa.

- Proszę dzwonić 997! – Zawołałam do faceta, no bo jak tu dyskutować z takim obserwatorem. Zapewne należy do tych z typu „uprzejmie donoszę”. W każdym razie tak mi się kojarzył w tych swoich nausznikach.

Stałam tak i patrzyłam na niego z pobłażliwym uśmiechem, jednocześnie wciągając choinkę na dach samochodu. I wtedy z domu obok wyszła starsza pani, która stanęła na przystanku obok komentującego pana. Facet, ujrzawszy ją, rozpoczął swoje biadolenia na temat złodziei kradnących drzewka bożonarodzeniowe.

- Nie, tam jest Małgosia. To jej znajomi. – Usłyszałam, co oznaczało, iż to ja miałam rację, a nie wygadany pan, który zrobił się momentalnie czerwony i zasapał głośno.

- Może jakieś przepraszam?! – zawołałam głośno.

- Nie, nie przeproszę! Na pewno nie! – I rozpoczął swoją tyradę od początku – No tak, parkują gdzie chcą! Zastawią człowieka! Sobie by tak nie zaparkowała! – I zupełnie nie pamiętał, że pod jego domem kilka minut wcześniej parkował ogromny tir, który zastawiał nie tylko trawnik, ale i wjazd na posesję.

15966692_1551106451586073_566039630_o

Choinka po ustawieniu w stojaku i ubraniu w lampki, bombki i łańcuchy przewróciła się niszcząc wszystko, co znalazło się w jej pobliżu. Z parapetu zjechały dwie doniczki, a kwitnące w nich storczyki zostały połamane. Drzewko, upadając, pohaczyło i pozaciągało jedną z nowych zasłon, a kilkanaście bombek – moich pamiątek z dzieciństwa, potłukło się w drobny mak. O łańcuchach lepiej nie wspominać. Choinkę trzeba było rozebrać i zakupić nową, stabilniejszą. W wigilię zakupu drzewka można  było dokonać już tylko w markecie, gdzie tak naprawdę zostały same ochłapy. Albowiem stragany z choinkami, których było z pięć pod moim blokiem, na dzień przed Bożym Narodzeniem już nie były rozkładane.

Wszyscy chcą mieć święta, a pańcia z miasta niech wszystko organizuje dużo wcześniej, a nie na ostatnią chwilę! Muszę zacząć brać przykład z pani Ani. Szkoda tylko, że choinki nie da się zamrozić.